wtorek, 10 lutego 2015

Demakijaż

Podstawą zdrowej skóry, zachowującej młody wygląd na lata, jest codzienna skrupulatna pielęgnacja, której fundamentem jest demakijaż. Dotyczy to również osób, które nie używają produktów makijażowych na co dzień, bądź wybierają te lżejsze, z kategorii kremów BB i tym podobnych. Chodzi tu głównie o to, aby każdego wieczora "zdjąć" z twarzy to, co zdążyło się na niej osadzić w ciągu całego dnia. Pozbycie się resztek make-upu to nie wszystko, żyjemy w coraz bardziej zanieczyszczonym środowisku, dlatego tak ważne jest, aby dać możliwość naszej skórze zregenerować się nocą, czyli porą dnia najbardziej nastawioną na wchłanianie składników aktywnych z kosmetyków i procesy regeneracji. Istnieją różne szkoły demakijażu i przygotowywania skóry do snu, w dzisiejszym poście przestawię Wam swoją wersję, która z biegiem czasu została przeze mnie udoskonalona, a efekty rzeczywiście widać już po kilku dniach.

Ostatnimi czasy moja rutyna pielęgnacji wieczornej została sporo uproszczona, co przy moim napiętym harmonogramie zaoszczędziło cenny czas i byłam wniebowzięta, a to wszystko za sprawą nowości w moim kosmetycznym asortymencie - rękawicy do demakijażu Glov. 

Glov on-the-go 





W związku z częstymi wyjazdami w ubiegłym miesiacu, postanowiłam zacząć przygodę z Glov w wersji mniejszej (on-the-go), można powiedzieć kieszonkowej, ale okazało się, że jest ona również idealna do zmywania mojego codziennego makijażu. Większość z Was pewnie zastanawia się teraz o co chodzi, także już wyjaśniam:

Glov to rękawica do demakijażu dostępna w dwóch rozmiarach, która usuwa makijaż - uwaga - tylko i wyłącznie za pomocą wody! Serio, to działa. Nie wierzyłam, dopóki nie sprawdziłam na sobie. Pod koniec dnia mam wrażenie ciężkiej maski na twarzy, Glov w rewelacyjny sposób ją "zdejmuje", radzi sobie również z tuszem do rzęs - wystarczy zamoczyć rękawiczkę w wodzie, przyłożyć na chwilę do oka, na tej samej zasadzie jak przykłada się waciki z płynem do demakijażu i sprawa załatwiona.
Jak to działa: Glov stworzona jest z dwóch rodzajów mikrowłókien, jedne absorbują wodę, drugie tłuszcze, także każda cząsteczka znajdująca się na twarzy zostanie z niej ściągnięta. Poza tym, swoją strukturą przypomina trochę ręcznik frotte, co przy okazji delikatnie pilinguje i pobudza cyrkulację krwi. Jedna rękawiczka starcza na 3 miesiące, po każdym użyciu należy ją umyć mydłem i zostawić do wyschnięcia. Nie mogę się nadziwić, że tyle czasu czekałyśmy na coś tak prostego, a zarazem innowacyjnego, co ułatwi nam życie i zagwarantuje komfort naszym skórom. Kolejną ważną rzeczą jest fakt, że Glov nie narusza w żaden sposób naszej naturalnej bariery hydro-lipidowej, co potrafią niestety zrobić kosmetyki do tradycyjnego demakijażu. Jest to więc bardzo delikatna, nieinwazyjna forma demakijażu, która na pewno nie pozostawi skóry ściągniętej, czy podrażnionej. Oficjalnie mówię adiós tonom bawełnianych wacików i hektolitrom płynów micelarnych :) Polecam, zwłaszcza wszystkim zapracowanym i wygodnickim! :)

wtorek, 20 stycznia 2015

Toksyczność kosmetyków - ciąg dalszy

Wiele z Was już długo czeka na drugą część historii o możliwej szkodliwości substancji używanych w produkcji kosmetyków, zatem przechodzę do rzeczy.




Silikonowe emolienty: znane dobrze tym, którzy cierpią na nadmierne przesuszenie skóry. Silikonami nazywamy szereg różnych związków, mających w budowie organiczny krzem. Bardzo często, nawet w droższych kosmetykach, silikony występują w postaci oleju silikonowego, który jest syntetycznym połączeniem krzemu i tlenu. Prawda jest taka, że syntetyczne emolienty mogą działać kancerogennie oraz mogą kumulować się w wątrobie i w naczyniach limfatycznych.

Cocamide MEA, Cocamide DEA (kokamid monoetanoloaminy, dietanoloaminy): kokamid to pochodząca z oleju kokosowego mieszanina amidów kwasów tłuszczowych. Kokamidy są stosowane jako środki pieniące w mydłach, płynach do kąpieli, często też występują w kosmetykach jako emulgatory. Mogą wywoływać kontaktowe zapalenie skóry, ale też przy dłuższym stosowaniu mogą być kancerogenne, ponieważ istnieje ryzyko wystąpienia zanieczyszczenia nitrozaminami.

Dioksan: działa drażniąco na skórę i błony śluzowe powodując przesuszenie i wywołując stan zapalny, przy dłuższym stosowaniu może powodować świąd i dermatozy. W kosmetykach występuje jako rozpuszczalnik dla innych substancji. Bardzo łatwo przenika przez skórę do krwioobiegu, co przekłada się na oddziaływanie na cały organizm. Uszkadza strukturę błon komórkowych, powoduje niewydolność płuc, serca, wątroby, nerek, narządu wzroku, przenika przez łożysko do mleka matki, działa teratogennie i embriotoksycznie, a także rakotwórczo.

Glikol propylenowy PG:  w kosmetykach występuje w roli humektanta, można go znaleźć w pastach do zębów, płynach do płukania ust, środkach do higieny dłoni, dezodorantach w sztyfcie, olejkach do masażu i olejkach zapachowych. Ma zdolności szybkiego penetrowania przez skórę, w związku z tym może dostać się do mózgu, nerek, wątroby, może powodować m.in. podrażnienie układu oddechowego,  oczu, skóry.

Polietylenoglikol PEG (jest to niejonowy środek powierzchniowo czynny): jest substancją ropopochodną, więc potencjalnie może mieć działanie kancerogenne z uwagi na występowanie dioksyn. Negatywnym skutkiem działania na skórę jest usuwanie jej naturalnej wilgoci. W produktach kosmetycznych peg-i pełnią rolę emulgatorów, rozpuszczalników, środków zwiększających lepkość preparatu.

Trietanoloamina TEA (anionowy środek powierzchniowo czynny): regulator pH i syntetyczny emulgator, częsty w preparatach do demakijażu. Może zawierać nitrozaminy, podrażnia skórę i oczy.

...oraz ulubione, zmaltretowane SLS-y:

SLES, ALES, SLS, ALS (sodium laureth sulfate, amonium laureth sulfate, sodium lauryl sulfate, amonium lauryl sulfate): baaardzo powszechne, typowe (tanie) syntetyczne detergenty. Występowanie: toniki, żele do mycia twarzy, ciała, balsamy, szampony, płyny do kąpieli, pasty do zębów. Mogą wykazują ogólnie działanie drażniące skórę. Istnieją badania potwierdzające m.in. poważne działanie drażniące skórę, oczy, uszkodzenie komórek układu immunologicznego, ale były to testy na zwierzętach.

Stearalkonium chloride, Benzalkonium chloride (kationowe środki powierzchniowo czynne): stosowane m.in. w odżywkach do włosów, mają działanie antystatyczne, w innych produktach Benzalkonium chloride jest często konserwantem. Są to związki syntetyczne, powodują podrażnienia i alergie.

Na tym już koniec męczenia kontrowersyjnych składników INCI. Pamiętajmy o tym, żeby do wiedzy o ich ewentualnym toksycznym działaniu podejść rozsądnie, wszystkiego używać z umiarem i obserwować reakcje swojej skóry, która często daje pierwsze sygnały, że coś jest nie tak. Pozdrawiam i obiecuję, że następny temat będzie lekki i przyjemny ;)

Powyższy post powstał dzięki uprzejmości i na podstawie materiałów opracowanych przez wykładowcę Uniwersytetu Jagiellońskiego, Panią Doktor n. farm. Małgorzatę Gawlik

środa, 24 grudnia 2014

Toksyczność kosmetyków

Słowem wstępu apeluję, abyśmy nie dali się zwariować i nie nazywali składów produktów kosmetycznych pochopnie"chemią" - mając na myśli jakieś skończone zło, bo jakby nie patrzeć kosmetyk to kilka - kilkanaście związków chemicznych, naturalnych bądź syntetycznych. Także wyluzujmy z podejściem do INCI, bo skończymy jako hejterzy wszystkiego, co ma datę ważności dłuższą niż tydzień ;)

Swoją drogą, jeszcze jako sprzedawca luksusowych kosmetyków prowansalskiego pochodzenia, spotykałam ludzi, którzy zaraz po "dzień dobry" atakowali (tak, to dobre słowo) mnie pytaniami, czy kosmetyki są naturalne w 100%, czy mają konserwanty, czy zawierają parabeny lub SLS-y. Jako, że bardzo nie lubię takich sytuacji, (bo wiem że 99% tych ludzi nie ma pojęcia CO TO JEST paraben, SLS, lub co wiąże się z tym, że kosmetyk jest w 100% naturalny i nie zawiera środków konserwujących) zamykałam im usta pytaniami w stylu: "czego Pan/Pani obawia się stosując kosmetyk z SLS-em/parabenem/konserwantem/", albo "jakiego rodzaju konserwantu chce Pan/Pani uniknąć" itp. Odpowiedzi nie uzyskałam, nigdy. Ludzie przeczytają gdzieś jakiś artykuł i bezmyślnie zaczynają dostawać szału na punkcie czegoś, o czym nie mają większego pojęcia. Owszem, są badania naukowe potwierdzające np. szkodliwość parabenów, ale ci którzy robią największe HALO, nie mają o nich najmniejszego pojęcia ;) Także chill, zrobimy tu sobie przegląd toksycznych substancji stosowanych w kosmetyce, na jednym poście może się nie skończyć, ale do dzieła!



Zacznijmy od tego, dlaczego w ogóle kosmetyki mogą wywierać toksyczny wpływ na organizm. Kosmetyki to ksenobiotyki, czyli substancje chemiczne, które fizjologicznie nie występują w organizmie. Co dzieje się z takimi substancjami, kiedy aplikujemy je na skórę lub błony śluzowe? Mogą zostać wchłonięte do krwioobiegu, następnie rozdystrybuowane do wszystkich tkanek i narządów. W komórkach tkanek i narządów zmieniają się za sprawą enzymów w nich obecnych i powstają metabolity i w najlepszym przypadku te związku lub ich metabolity wydalane są np. z moczem. Substancja obca dla organizmu, zawarta we krwi lub osoczu, może odłożyć się w tkance tłuszczowej. Gdy z tkanki tłuszczowej zacznie z powrotem przenikać do krwi i osocza - mamy do czynienia z działaniem toksycznym. Przykładem substancji mającej takie właściwości jest olej mineralny, który może być zanieczyszczony związkami toksycznymi (np. BaP).

Działanie toksyczne jako alergia - składnik produktu kosmetycznego pobudza działanie układu immunologicznego, co najczęściej objawia się alergią typu kontaktowego zapalenia skóry. Możemy spotkać się też z równomiernym silnym zaczerwienieniem skóry, uczuciem gorąca, pieczenia, obrzękiem.

Substancje o możliwym działaniu toksycznym:

Filtry p/UV: najnowsze filtry dzięki zastosowaniu w nich nanocząsteczek, dobrze się rozsmarowywują i wchłaniają w skórę, bez pozostawiania białego filmu. Są to zazwyczaj tlenek cynku i tlenek tytanu. Niestety biorąc pod uwagę nanorozmiar cząsteczek, mogą wchłaniać się przez skórę, a na dalszy ich los w organizmie przestajemy mieć wpływ. Także całkiem możliwe, że dotrą do każdej z możliwych komórek organizmu i będą działać mutagennie.

Nanocząsteczki: będąc już w temacie nanosubstancji - nanocząsteczki mogą wywierać szereg działań toksycznych poza wspomnianą wyżej genotoksycznością, takie jak cytotoksyczne, stres oksydacyjny a także działanie zapalne. Nanonośnikami są teraz bardzo popularne i modne liposomy, w których zamykane są np. koenzym Q10, retinol, kwas laurynowy, kolagen, elastyna i wiele wiele innych.

Barwniki: w szamponach, dezodorantach, farbach do włosów, pastach do zębów, odżywkach, można spotkać substancję barwiącą E133 (Błękit brylantowy FCF). Jest to substancja rakotwórcza (do jej produkcji używana jest benzyna...), może wywołać astmę, katar sienny, pokrzywkę a także nasilić objawy nietolerancji salicylanów (czyli np. aspiryny).

Triclosan: stosowany krótko nie działa toksycznie. Natomiast kto chciałby mieć z nim przygodę wiedząc, że ma działanie rakotwórcze, teratogenne. W kosmetykach występuje jako antyseptyk, pojawia się w kosmetykach p/trądzikowych.

Talk: stosowany jest w produkcji pudrów, jako dodatek do mydeł, teoretycznie zwykły nieszkodliwy minerał. Natomiast zdarza się, że w przemyśle kosmetycznym występuje w zanieczyszczonej formie - z ołowiem i chromem - co cechuje go już działaniem rakotwórczym. Ponoć stosowany regularnie w okolicach inymnych 3-4 krotnie podnosi ryzyko powstania raka jajników (są badania, dla ciekawskich mogę wysłać w wiadomości prywatnej;) )

Bentonit: wg IARC (Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem) wdychanie pyłu bentonitowego może być szkodliwe dla układu oddechowego (w postaci pyłu w produktach kosmetycznych występuje w maskach do rozrabiania z wodą). Poza tym wnika w do porów skóry, gdzie pęcznieje pod wpływem wilgoci i zatyka je. Jest to działanie komedogenne oraz przyczynia się do powstawania stanów zapalnych. Utrudnia oddychanie skórze, a tworząc beztlenowe warunku ułatwia sprawę bakteriom beztlenowym, które biorą udział w rozwoju trądziku.

Tauryna: co prawda tauryna występuje naturalnie w organizmie, ale ta stosowana w napojach i kosmetykach jest pochodzenia syntetycznego. Pojawia się m.in. w składach produktów do włosów, działając bardzo korzystnie. Ale - w podwzgórzu, gdzie może dotrzeć - może modyfikować funkcję neuroendokrynną, działając immunostymulująco, gdzie jest szansa, że doprowadzi to nawet do rozwoju łuszczycy.

Olej mineralny (mineralne parafiny): mój wszechobecny ulubieniec ;) pochodna ropy naftowej. Dlaczego unikam? Parafinowa maź pokrywa szczelnie skórę, co może zatykać pory, uniemożliwiać usuwanie toksyn poprzez drogę skórną, wywoływać trądzik, spowalnia też rozwój komórek skóry, co skutkuje przedwczesnym starzeniem. Poza tym stosując produkt z parafiną, nie mamy pojęcia czy jej postać jest całkowicie czysta, a ta ma zdolności łączenia się z WWA (wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne, w tym BaP). Jeśli chodzi o kosmetyki do ciała (nawet peelingi) moja ostrożność jest taka sama. Parafiny mają tendencję do odkładania się w tkance tłuszczowej, a nawet mleku karmiących matek...

Ftalany: występują w lakierach do włosów, piankach do włosów, żelach, perfumach, dezodorantach. Działanie toksyczne polega na tym, że u dzieci mogą wykazywać działanie estrogenne (przedwczesne dojrzewanie dziewczynek, przedwczesny rozwój piersi) natomiast u chłopców mogą hamować syntezę androgenów (skutkuje to utratą komórek w jądrach).

Dużo się tego zrobiło jak na pierwszy raz w tak poważnej sprawie. Ten post nie ma służyć straszeniu Was i przestrzeganiu przed używaniem produktów, które lubicie i cenicie. Wszystko z umiarem i większą świadomością, a będzie dobrze :) Ciąg dalszy nastąpi.



Powyższy post powstał dzięki uprzejmości i na podstawie materiałów opracowanych przez wykładowcę Uniwersytetu Jagiellońskiego, Panią Doktor n. farm. Małgorzatę Gawlik


czwartek, 23 października 2014

Olejek Alterra brzoza i pomarańcza


Jesienią i zimą dbam o ciało częściej niż latem, nie wiem skąd ten paradoks. Lubię ładne zapachy wokół siebie, może bierze się to stąd, że spędzając więcej czasu pod kocem, miło mi gdy pachnie zapalona świeca, oraz moje nasmarowane nowymi specyfikami ciało :)
Tak jak nie wszystko złoto co się świeci, tak też nie wszystko co ma dobry skład i zapach musi mieć wysoką cenę. Olejek z Rossmanna jest tego świetnym przykładem. Jest obecnie w promocji (kosztuje około 19zł), także kto go jeszcze nie zna niech goni do najbliższego sklepu. Wciera się go w jeszcze wilgotną skórę po kąpieli (bardzo fajnie ją zmiękcza i uelastycznia), co jest szybkie i przyjemne, a pachnie bardzo świeżo i pobudzająco - zapach cytrusów dodaje energii i ma właściwości antydepresyjne - idealnie na jesień. Jeśli chcemy - zgodnie z zaleceniem producenta - wywołać bardziej efekt antycellulitowy (takie jest przeznaczenie olejku), niż zadowolić się samą przyjemnością stosowania i faktem nawilżonej skóry, trzeba ten olejek energicznymi kolistymi ruchami w siebie wetrzeć, najlepiej po 5 minut na każdą partię ciała jak się uda (stopniowo od kostek w stronę kolan, od kolan w stronę pachwin, pośladki, brzuch - zgodnie z ruchem wskazówek zegara). Ale wiadomo - taki automasaż jest wyzwaniem, można się nieźle zmachać, za to efekty rekompensują zadany sobie trud. Najlepiej stosować 2 razy dziennie, cena zachęca do kilkumiesięcznej kuracji. Zapach również. Skład: m.in. olej z limonki, olej z pestek moreli, oliwa z oliwek, olej jojoba, olej z miąższu owoców rokitnika zwyczajnego. Bomba!



Nowy kolor na jesień, następca fuksji

Gratis do Rossmannowych zakupów, z którym nie wiem co zrobić. Przeraża mnie skład i alkohol na drugim miejscu zaraz po wodzie ;)

czwartek, 25 września 2014

Z wizytą w Drogerii Natura


Moje kosmetyczne łupy są zazwyczaj wynikiem szpagatu jaki robię między promocjami w Rossmannie i Super-Pharm. Ostatnimi czasy do ulubionych sklepów dołączyło Hebe, w którym kupiłam profesjonalny (gabinetowy) peeling do ciała z Tołpy, w objętości 400ml za niecałe 40zł. Ale nad nim i innymi większymi lub mniejszymi gwiazdami Tołpy będę rozpływać się w osobnym poście. Rzadko zaglądam do Natury, jest mi nie po drodze i niczym mnie ten sklep nie zachęca. Postanowiłam to zmienić, jak się okazało był to raczej jednorazowy wyskok. Największym pozytywem był fakt, że w końcu znalazłam lawendową wodę do spryskiwania prania, ręczników i pościeli z Pachnącej Szafy. Jest ekstra, przyjemny delikatny zapach, daleki od syntetycznych kojarzących się z toaletą woni. Poza tym prawie same rozczarowania, szczegóły poniżej.

   
Opakowanie soli (500g) i saszetka złotego gęstego płynu (20ml). Po otwarciu paczki soli zmartwił mnie zapach... plastiku. Do wanny wsypujemy sól i wlewamy zawartość saszetki. Jeśli tak pachnie luksus, to ja dziękuję. Koszt zabawy to jakieś 8zł. Dla mnie był to jednorazowy eksperyment.

Teoretycznie w składzie nic więcej poza solą z Morza Martwego, czyli dobrze i bezpiecznie. Jednak po doświadczeniu z solą powyżej jeszcze trochę się wstrzymam przed jej użyciem


Lubię Le Petit Marseiliais za miłe zapachy, dobrą cenę i duże objętości. W Naturze w końcu znalazłam żel pod prysznic o zapachu miodu lawendowego

Przyjemna i uzależniająca woda aromatyzowana



Green Pharmacy... smutek i zwątpienie. Miał być peeling cukrowy o zapachu róży piżnowej i zielonej herbaty. Była sztuczna papka o ostro syntetycznym zapachu. Na szczęście kosztowało mnie to rozczarowanie "tylko" 7zł. Nigdy więcej nic z Green Pharmacy. Aha no i w składzie pochodna ropy naftowej, ale myślałam że cudowny zapach zrekompensuje mi obecność tego nieszczęsnego składnika. Nic bardziej mylnego.




Pachnące saszetki do szafy w trakcie testowania, chciałabym żeby ubrania choć trochę podłapały ich zapach